Koniec grudnia, Polska zasypana śniegiem albo zalana deszczem, a ty stoisz na klifie nad Morzem Śródziemnym w samej bluzie. Brzmi jak sen? To był nasz sylwester na Malcie.
Malta to jeden z tych kierunków, które działają na każdego inaczej – imprezowicze znajdą tu nocne życie na poziomie, a miłośnicy historii i natury będą fotografować co drugi krok. My spędziliśmy tam 5 dni i wróciłam z lekkim niedosytem. Zwyczajnie chciałoby się zostać dłużej.
Ważna rzecz na start: Malta jest anglojęzyczna. Angielski to jeden z dwóch języków urzędowych – drugi to maltański, zupełnie unikatowy język wywodzący się z arabskiego, z naleciałościami włoskimi i angielskimi. Brzmi jak żadne inne języki jednocześnie.
Dzień pierwszy – poczuj klimat

Jeśli lądujecie w ciągu dnia, zacznijcie od Valetty. To stolica wielkości małego miasteczka, ale z energią miejsca które ma świadomość własnej wagi. Wąskie uliczki, barokowe kościoły, widok na port – i to wszystko w 15 stopniach w ostatnich dniach grudnia.
My zatrzymaliśmy się w Swieqi – spokojnej okolicy, skąd wszędzie jest blisko. Dobry wybór jeśli nie chcesz być w samym centrum hałasu. Równie dobrą bazą jest sama Valletta.
Pierwszego wieczoru – tylko spacer, aklimatyzacja i pierwsze Pastizzi. To maltański street food numer jeden: małe paszteciki z ciasta francuskiego, nadziewane serem ricotta albo groszkiem. Kosztują grosze, kupujesz je wszędzie i są uzależniające. Traktuj to jako obowiązkowe przywitanie z wyspą.

Mdina i Rabat – średniowiecze i katakumby

Mdina to tzw. „Ciche Miasto”
Drugi dzień zabrał nas w głąb wyspy – do dwóch zupełnie różnych, historycznych miast.
Mdina to tzw. „Ciche Miasto” – dawna stolica Malty, zamknięta w murach i prawie pozbawiona stałych mieszkańców. Za bramą wchodzisz w wąskie uliczki między kamiennymi murami, gdzie jedynym dźwiękiem są Twoje kroki. Jest tam katedra św. Pawła i punkt widokowy na niemal całą wyspę. Mdina wygląda jak plan filmowy – i nieprzypadkowo, bo kręcono tu m.in. sceny do Gry o Tron.
Rabat leży tuż obok i jest jego żywszym odpowiednikiem. Tu znajdziesz Katakumby św. Pawła, grotę gdzie według tradycji mieszkał apostoł, domy z czasów rzymskich, klasztory i kościoły. Historia dosłownie jest pod stopami.
Koleiny, klif i przypadkowa jaskinia
Idąc dalej pieszo dotarliśmy do Kolein Clapham Junction (maltańska nazwa: Misrah Ghar il-Kbir) – prehistorycznych śladów wyrytych w skale, szacowanych na ok. 2000-4000 lat przed naszą erą. Nikt nie wie dokładnie kto je zrobił ani w jaki sposób – bo koła wtedy jeszcze nie istniały. Jedna z teorii mówi o saniach czy drewnianych płozach, inna o rytualnym znaczeniu. Zobaczyć coś takiego na własne oczy, dotknąć skały i zdać sobie sprawę że to starsze niż większość cywilizacji które znamy – robi wrażenie.

Po drodze natknęliśmy się przypadkowo na jaskinię z wyrąbanymi wnękami – widać, że kiedyś była użytkowana jako schronienie lub mieszkanie. Zero tabliczek, zero biletów. Po prostu tam była.
Niecałe 30 minut marszu dalej – klify. Zdjęcia stamtąd wyglądają jak koniec świata – pionowe ściany skalne opadające prosto do morza, żadnej bariery, tylko wiatr i horyzont. Warto.

A przy okazji spacerów po wyspie – zwróćcie uwagę na znaki drogowe. Natrafiłam na ostrzeżenia przed błędnym rycerzem, kurczakami przekraczającymi ulicę i miejscem gdzie chodzą koty. Malta jest poważnym krajem z niepoważnym poczuciem humoru.
Gdzie zajrzeć na coś pysznego
Malta nie jest pierwszym skojarzeniem z kulinarną stolicą Europy, ale je się tu dobrze – szczególnie owoce morza, które są świeże i tańsze niż w Polsce.

Smakowe przystanki:
- Pastizzi – wszędzie, obowiązkowo, za kilkadziesiąt groszy za sztukę
- Kinnie – lokalny napój bezalkoholowy o smaku gorzkiej pomarańczy z ziołami, kultowy na wyspie, warto spróbować chociaż raz
- Maro Bistrot (St. Julian’s) – włoska kuchnia, świetne makarony i pizza, ceny w porządku
- Claudio’s Pizzas – polecana pizzeria
- Restyle Café (Swieqi) – nasze codzienne śniadania, za każdym razem coś innego
- La Crema / Brillance Café – croissanty po brzegi wypełnione kremem
- Alfred’s Bakery 1975 – budżetowy street food
- Focacceria dal Pani – wysoko oceniana focaccia
- Nom Nom Pinseria – pinsa, jeśli jeszcze nie próbowałeś tego stylu ciasta, czas najwyższy
Gozo – starsze niż piramidy
Dzień na Gozo to jeden z tych dni, po których wracasz zmęczony ale usatysfakcjonowany.
Na Gozo dostaniesz się promem Gozo Highspeed – szybki prom pasażerski, odpływa bezpośrednio z centrum Valetty, z terminalu Lascaris Wharf. Najprościej tam trafić windą Barrakka Lift z Ogrodów Górnej Barrakki – wyjeżdżasz, schodzisz chwilę w dół i jesteś przy nabrzeżu. Rejs trwa około godziny. Bilety rezerwujcie wcześniej przez internet.
Co zobaczyć na Gozo:
🏛️ Świątynie Ġgantija – nasz główny punkt i absolutny must-see. Megalityczne świątynie liczące ponad 5500 lat – starsze niż piramidy w Egipcie i Stonehenge. Wpisane na listę UNESCO. Wejście przez muzeum kosztuje 10 euro i jest warte każdego centa. Stoisz przed blokami skalnymi które ktoś tu przyniósł, ułożył i zbudował – bez kół, bez dźwigów, bez żadnej technologii którą znamy. Pytania same się pojawiają.

🏰 Cytadela (Victoria) – twierdza górująca nad całą wyspą, z katedrą i starymi murami obronnymi. Widok na całe Gozo z góry jest bezpłatny i wart wejścia.
🏖️ Ramla Bay – plaża z czerwono-złotym piaskiem, rzadkość na Malcie. Przy plaży jaskinia Tal-Mixta Cave z widokiem na zatokę.
⛪ Bazylika Ta’ Pinu – monumentalna bazylika stojąca dosłownie „na środku niczego”, jedno z najważniejszych miejsc religijnych na Malcie. Robi wrażenie już z daleka.
Widok za 0 zł – i jak trafić na prom
Będąc w Valetcie koniecznie zajrzyjcie do Ogrodu Górnej Barrakki (Upper Barrakka Gardens) – bezpłatny ogród z jednym z najpiękniejszych widoków na Wielki Port i Trójmiasto. Szczególnie nocą. Winda Barrakka Lift kosztuje symboliczne 1 euro i dowozi cię prosto na nabrzeże Lascaris Wharf – skąd odpływa zarówno prom Gozo Highspeed jak i gondola do Trójmiasta.
Sylwester w Valetcie – fajerwerki przy 15 stopniach
Ostatni dzień zaczęliśmy spokojnie, ze Swieqi kierując się pieszo w stronę Valetty przez Sliemę – nadmorską promenadę gdzie można iść brzegiem morza z widokiem na Vallettę po drugiej stronie.
Dotarliśmy do Marsamxett Harbour – zatoki oddzielającej Sliemę od Valetty. To historyczny port, który od wieków służył jako naturalna ochrona dla wyspy. Stojąc na brzegu masz po drugiej stronie Vallettę oświetloną nocą, a na horyzoncie Bazylikę Matki Bożej z Mount Karmel z charakterystyczną okrągłą kopułą i anglikański Kościół św. Pawła ze smukłą wieżą. Jedno z tych miejsc gdzie po prostu się stoi i patrzy.

W Valetcie mijaliśmy jarmark świąteczny i – mój ulubiony absurd – lodowisko przy 15 stopniach. Bo czemu nie.
Sylwestrowy koncert odbywał się na Placu św. Jerzego – głównym placu Valetty. Lokalni piosenkarze, popularne piosenki, ludzie tańczący na ulicy. O północy fajerwerki organizowane przez miasto. Klimat był dokładnie taki, jakiego szukasz wyjeżdżając z Polski w ostatnich dniach grudnia – ciepło, głośno, radośnie i bez kożucha.
Po drodze do domu – prywatne sklepy otwarte. W noc sylwestrową, po północy. Malta nigdy nie śpi.
Marsaxlokk – rybacka wioska na ostatni poranek

Dzień wyjazdu? Jeszcze jedno miejsce. Pojechaliśmy do Marsaxlokk – tradycyjnej wioski rybackiej na południu wyspy. To jedna z tych miejscowości, które wyglądają jak pocztówka: port pełen kolorowych łódek Luzzu (z namalowanym okiem Ozyrysa na dziobie, symbolu maltańskich rybaków od tysięcy lat), niedzielny targ rybny i restauracje serwujące owoce morza prosto z portu. Spokojnie, klimatycznie i bez tłumów turystycznych.
Malta jest bardzo religijna – i widać to na każdym kroku

To nie jest opis z przewodnika – to rzecz, którą zauważasz od razu. Na Malcie jest więcej kościołów niż dni w roku (poważnie – ok. 360 kościołów na wyspie). Wiele domów nosi imię świętego – St. Maria, St. Joseph – jakby każdy budynek miał swojego patrona. Na ścianach co rusz natrafiasz na płaskorzeźby lub figury świętych wmurowane w fasadę.
Osobną ikoną Malty są charakterystyczne drewniane balkony – zamknięte, kolorowe, wystające z fasad kamienic. Tradycyjnie malowano je na jeden z czterech kolorów: zielony, żółty, bordowy lub brązowy. Dziś to symbol maltańskiej architektury i jeden z najbardziej fotografowanych widoków na wyspie.
W czasie naszego grudniowego wyjazdu do tego wszystkiego dochodziły szopki i dekoracje bożonarodzeniowe – wyspiarze podchodzą do świąt z rozmachem, który mocno kontrastuje z 15 stopniami na zewnątrz.
Gdzie jeszcze warto dotrzeć
Nie byłam wszędzie – i dlatego te miejsca trafią na moją listę przy następnej wizycie:
Gondola do Trójmiasta – z nabrzeża Lascaris Wharf przepłyniesz za 3 euro w jedną stronę do historycznego Trójmiasta: Birgu, Senglea i Cospicua. Można też wybrać 30-minutowy rejs po Wielkim Porcie za 10 euro. Płatność wyłącznie gotówką. Adres w mapach: Valletta Ferry Service.
Blue Lagoon (wyspa Comino) – lazurowa laguna z wodą w kolorze turkusu, którą widuje się na każdym zdjęciu z Malty. Latem tłumy, zimą spokój. Dociera się tam łódką.
Popeye Village (Anchor Bay) – kolorowa wioska zbudowana jako plan filmowy do musicalu Popeye z 1980 roku. Dziś park rozrywki w skalistej zatoczce, unikatowe miejsce.
Malta w grudniu to jeden z lepszych pomysłów na ucieczkę od polskiej zimy. Nie jedziesz na plażowanie – jedziesz na klimat, historię, jedzenie i sylwestra z fajerwerkami przy temperaturze, przy której w Polsce zakładasz kurtkę puchową. I to zupełnie wystarczy.

[…] Sylwester na Malcie, czyli gdzie uciekać kiedy w Polsce zimno […]